WSPOMNIENIA - UTW Kraśnik

Idź do spisu treści

Menu główne:

ZAJĘCIA 2024/2025
Zdzisław Latos 

OPIEKA ZDROWOTNA
Ze wspomnień mojej Mamy Bronisławy Latos
"Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie,
jako smakujesz, aż się zepsujesz."
Jan Kochanowski

…..Gdy ojciec zmarł, miałam 3 lata. Wtedy zaczęła się prawdziwa bieda, którą doskonale pamiętam. Było nas pięcioro dzieci, najmłodszy brat miał półtora roku, a najstarszy 11. Ja byłam czwarta z kolei. Pierwsza wojna światowa jeszcze trwała, zabrali nam konia i ostatnią krowę, zostało nam tylko cielę. O tę krowę to płakaliśmy jak o drugą matkę. Nie było co jeść i nie miał kto pracować. A jeszcze na utrzymaniu u mojej matki była babcia staruszka i niewidoma siostra, która została wydalona ze dworu po śmierci jej męża.
     Dzisiejszy człowiek nie wyobraża sobie, jak ciężka była niewola i sieroctwo. Nie było żadnej oświaty. Mało kto umiał czytać lub pisać. Za naukę też prześladowali. Jak kto chciał się coś nauczyć, to musiał się kryć. Nie było doktorów ani akuszerek. Matki w domu rodziły dzieci, same się obsługiwały lub jakaś sąsiadka przychodziła im z pomocą.
Przy porodach dużo umierało na zakażenie albo krwotok. Jak kto zachorował na poważną chorobę, to odlewali wosk, stawiali cięte bańki, odmawiali uroki, ale to najczęściej nie pomagało i chory umierał.
     W roku1916 wybuchła straszna epidemia tyfusu. W Ludmiłówce, z wyjątkiem kilku osób, wszyscy chorowali. Nie miał kto koło chorych chodzić, a nawet wody przynieść z tej głębokiej studni, topili więc śnieg, żeby zagasić pragnienie.
     Zima 1916 r. była ciężka, choroba trwała siedem lub dziewięć tygodni. Nikt z władz tym się nie zainteresował. Epidemia tyfusu wydusiła szesnastu mężczyzn w średnim wieku, kilkanaście kobiet i kilkoro dzieci. W naszym domu chorowało sześć osób, tylko moja babcia nie chorowała. Zmarła niewidoma siostra mojej matki w wieku 40 lat. Do picia podawali nam polewkę z owoców, a jak się któremu zarządziło mleka, to trzeba było obejść kilka chałup, żeby dostać szklankę. Bo w tych czasach rolnictwo było zacofane, nie siali koniczyny i innej trawy. A w dodatku nie było gdzie zasiać, więc krowy w zimie nie dawały mleka. Wszystkim ludziom, co przetrwali tyfus, powychodziły wszystkie włosy z głowy, po pewnym czasie odrosły.
Na wsiach nie było pomocy lekarskiej. Szpitali było mało, najbliżej w Gościeradowie, Janowie i w Lublinie. Do szpitala trzeba było wieźć furmanką.
     Dużo ludzi chorowało na gruźlicę. Jak jedna osoba zachorowała, to zaraziła pozostałych i powoli prawie cała rodzina wymierała. Na gruźlicę nie było skutecznych leków. Wiele dzieci nie było szczepionych przeciw ospie, wiele z nich było oszpeconych głębokimi bliznami na twarzach i rękach.
W sąsiedniej wiosce Grabówce mieszkał Skawiński, który w pierwszą wojnę światową był pomocnikiem przy ruskim doktorze. Był trochę uczony, pojął jak się leczy rany i złamania oraz inne choroby. Ludzie chodzili do niego się leczyć. Miał w Grabówce gospodarstwo, w żadnym wypadku pomocy nikomu nie odmówił.
Pozdrawiam
Zdzisław Latos


    



##############################


Zdzisław Latos

Wspomnienia o „grypie”
Codziennie w środkach masowego przekazu odmieniane jest przez wszystkie przypadki słowo „grypa”. Słysząc to przypomniało mi się zdarzenie związane z tym słowem. Jako dziecko słyszałem o tyfusie i innych zarazach jak suchoty, „hiszpanka”, ale nie mówiono, że ktoś zmarł na grypę .Nie wiedziałem, że „hiszpanka” to grypa. Z tym słowem spotkałem się w czasie niemieckiej okupacji w następujących okolicznościach.
      W naszym końcu wsi, u Stanisława Noska mieszkała liczna rodzina Lejby Pintla. W tym czasie szerzył się tyfus, którego bali się nie tylko Polacy ale szczególnie Niemcy. O podejrzeniu choroby należało meldować do gminy. Chorego zabierano do szpitala, dom oplakatowywano afiszami z napisem w języku niemieckim i polskim: Tyfus i inne obostrzenia.
Zachorował nasz bliski sąsiad, senior rodu Lejba. Wyznaczoną przez sołtysa furmanką przyjechał w białym fartuchu sanitariusz. Z ciekawości jako małe dzieci pobiegliśmy zobaczyć co się dzieje. Widziałem jak wyprowadzili Lejbę z domu. Żona bardzo płakała i mówiła: „Panie doktor to nie tyfus to ghrypa.. Panie doktor to ghrypa”. Prosiła aby go nie zabierali. Sanitariusz odepchnął ją, Lejbę na furę i pojechali do szpitala w Gościeradowie. Po przyjściu do domu zapytałem Mamę co to jest grypa? Powiedziała, że to hiszpańska grypa, na którą w czasie pierwszej wojny światowej zmarło w Ludmiłówce wiele osób. W niedługim czasie w najbliższym sąsiedztwie zachorowały 4 osoby – wszystkie zmarły w szpitalu. W wyniku krążących opinii, że w szpitalu niemieccy lekarze trują, mieszkańcy Ludmiłówki ukrywali chorych na tyfus, aby nie dowiedziały się o tym władze i korzystały z porad felczera z Grabówki – pana Skawińskiego lub pielęgniarki, żony kierownika szkoły – pani Tomaszewskiej. Opinii tej nie podzielał Tadeusz Krasiński, który przeżył. W rozmowie ze mną mówił, że przeżył ponieważ do szpitala matka przynosiła mu bimber i tym się potajemnie „kurował”.
Leczący się w domu chorobę przeżyli.
Na tyfus m.in. zachorowała siostra mojej Mamy, mieszkająca w sąsiedztwie. Mama czasem ją odwiedzała, ale po przyjściu do domu obmywała ręce mocnym bimbrem. Podobnie czyniła jak ktoś przyszedł do nas. Po jego odejściu moczyła szmatkę w bimbrze i obmywała klamki. Może dlatego nikt z domowników nie zachorował? Rodzice niekiedy się odkażali pociągając po łyku z butelki, która stała w „szafarni”, jak nie widzieli to i ja próbowałem, ale to było za mocne. Na szczęście w naszym domu nikt na tyfus nie zachorował.
Czytelniczkom i Czytelnikom życzę zdrowia i wszelkiej pomyślności.

      Zdzisław Latos

**************************************************

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH

     Jako dzieci oczekiwaliśmy na nadchodzące święta, szczególnie na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Wiązało to się z choinką, święceniem pokarmów, a wieku szkolnym z feriami świątecznymi wolnymi od nauki trwającymi zwykle od 23 grudnia do 6 stycznia i tydzień ferii wielkanocnych. W soboty odbywała się normalna nauka, nie było również dni wolnych zarządzanych przez dyrektora szkoły. W ciągu roku szkolnego uczniowie i nauczyciele w szkole pracowali przeciętnie 223 dni. Obowiązkowy wymiar pracy nauczyciela wynosił 36, a następnie 30 godzin tygodniowo. Każda wolna niedziela, święto, 
a szczególnie ferie oczekiwane było z radością. Gorzej było z powrotami. Nie oczekiwałem z radością na nadchodzące święto Trzech Króli ponieważ należało jechać saniami w mroźny dzień na stancję do Kraśnika i czekać na ferie wielkanocne, a następnie na wakacie. Moi Koledzy w tym czasie w „ ramach” SP budowali Nową Hutę, jeździli na obozy harcerskie, wczasy i tp. Ja i moi Koledzy (Koleżanki również),wywodzący się ze wsi, w tym czasie spędzali „wczasy pod gruszą” pomagając Rodzicom w pracach polowych.
      WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM 2025 ROKU.     
Zdzisław Latos



>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X<>X< 


       Zdzisław Latos

„GODNIE ŚWIĘTA” 1944 ROKU - tak zapamiętałem.

       W końcu lipca 1944 r. fala frontu przetoczyła się przez Lubelszczyznę i zatrzymała na linii Wisły. Wioski leżące nad Wisłą – jako przyfrontowe – ewakuowano. Ludmiłówka została gęsto zaludniona, ponieważ przyjęła ludność z Bliskowic, Popowa, Świeciechowa i Jakubowic wraz z inwentarzem i ruchomym dobytkiem. U naszych sąsiadów rozlokowały się rodziny Bowników, Wawrzonków, Śmiałków, Dziewiców, Matlakowskich i innych. Panowała ciasnota, zarówno w mieszkaniach, jak i pomieszczeniach inwentarskich, ale atmosfera pomiędzy gospodarzami była miła i serdeczna.
Był grudzień a front wciąż trwał na Wiśle. Często pytaliśmy sołdatów: „Kiedy pajdziocie za Wisłu”. Każdy odpowiadał: „Zawtra pajdziom za Wisłu”, a to trwało i trwało… W czasie ofensyw (nastupleń), mimo odległości około 12 km od Wisły, szyby w oknach dzwoniły i słychać było nieustający huk. Żyliśmy w stałym zagrożeniu i w obawie, aby nie wrócili Niemcy, gdyż zdarzało się, że pociski artyleryjskie wystrzeliwane zza Wisły rozrywały się w pobliżu Ludmiłówki.
U moich Rodziców znalazła schronienie rodzina Stanisława Grzebienia z Bliskowic, składająca się z siedmiu osób. Była tam córka Maria z mężem, dwie panienki, oraz Tadzio, z którym się zaprzyjaźniłem.
Zbliżało się Boże Narodzenie i wyczekiwana przez dzieci choinka i wigilia. W wigilijny wieczór razem z rodziną Grzebieniów zasiedliśmy do stołu. Było wiele tradycyjnych potraw przygotowanych przez Mamę oraz panią Grzebieniową, której potrawy nieco różniły się od naszych, co jeszcze bardziej uatrakcyjniało wigilijną kolację. Był opłatek i różne życzenia, ale najważniejsze to, aby ta wojna wreszcie się skończyła, aby nasi „wygnańcy” mogli zamieszkać w swoim własnym domu. Były i kolędy. Nie była to jednak radosna wigilia, dlatego że odbywała się przy pomrukach armatnich wystrzałów. Los był niepewny. W Boże Narodzenie Tadzio z rodzicami i siostrą pojechał do rodziny na Wyżniankę i tam nocowali.
W drugi dzień świąt przyjechał samochodem rosyjski major i dwóch „starszynów”. Przywieźli paliwo zwane „benzolem”, którego z braku nafty używaliśmy do lamp. Handlowali tym paliwem na zasadzie wymiany za „bimber i sało”. Sołdaci przy drodze rozmawiali z siostrami Tadzia. Dziewczyny były czerstwe i urodziwe, więc się im spodobały. Było to przyczyną dramatycznej nocy.
Gdy się ściemniło, sołdaci dobrze podchmieleni zaczęli stukać, a następnie kopać w drzwi i krzyczeć: „Otwiryj!”.
Wystraszyliśmy się ogromnie, dziewczyny również, bo wiedziały, co je czeka, i uciekły w koszulach na strych. Ojciec w międzyczasie otworzył okno w kuchni, gdzie spały. Kopanie, krzyki „Otwiryj” nie ustawały, więc otworzył drzwi wejściowe. Wpadli do mieszkania, zobaczyli puste łóżko, ciepłą pierzynę i otwarte okno. „Wot ubieżały”. itd. Ojciec doradził im, aby poszli „na kwateru” i za godzinę przyszli, to one wrócą.. Posłuchali i poszli. W tym czasie dziewczyny zabrały swoje ubrania i ojciec zamknął je w chlewie, gdzie przebywały do rana. Sołdaci przychodzili co pewien czas i pytali, czy już są. Ojciec odpowiadał: „Jeszczo niet, jeszczo niet”. Trwało to prawie całą noc, w końcu zdenerwowani i rozwścieczeni wpadli do mieszkania i wymachując pistoletami, grozili Ojcu, że go „Zastrelu kak sobaku”, Krzyczeli: „Kuda ubieżały? Skażyj!” Narobiliśmy pisku i wrzasku, Babcia ze strachu zemdlała, Mama ją cuciła wodą, a oni siarczyście klęli i awanturowali się. Ten pisk i płacz, wśród nocnej ciszy, usłyszał mój cioteczny brat Heniek, mieszkający po sąsiedzku i przyprowadził majora, który zabrał rozjuszonych sołdatów. Niechętnie opuszczali nasz dom, widać było, że i major nie czuł się wobec nich „tęgo”. Raczej prośbą niż groźbą udało mu się ich zabrać. Nad ranem odjechali.

==========================================   

     Zdzisław Latos

    Wigilia-Jak to dawniej bywało.
    Przed świętami w niewielu domach była ubierana choinka, tylko tam, gdzie były małe dzieci. U nas w domu mieliśmy choinkę od 1941 r. Jej wystrój udostępniła nam sąsiadka Pawłowska, ponieważ jej córka miała już około 16 lat i była „za duża, aby robić choinkę”. Na choince wieszało się papierowe aniołki, łańcuchy ze słomy i kolorowych bibułek, gwiazdki, ciastka, jabłka, orzechy, bombki i cukierki. W czasie okupacji zamiast cukierków „kupnych”, mama zrobiła irysy z mleka, masła, miodu i śmietany – bardzo nam smakowały. Świeczki robiliśmy z wosku, ponieważ ojciec miał pszczoły. Choinkę ubierało się w Wigilię i czekało na pierwszą gwiazdkę i „pośnik” – wieczerzę wigilijną. Kolację wigilijną spożywaliśmy z rodziną Ryczków. W początkowym okresie chodziło się od mieszkania do mieszkania wszystkich uczestników wieczerzy. W późniejszym okresie wigilię przygotowywała jedna rodzina, w kolejnym następna. W czasie okupacji wigilia u Ryczków była bardzo ludna. Prócz domowników, uczestniczył w niej Michał Ryczek z żoną, córkami, synem Bogdanem i małym Józiem, którzy uciekli z Wołynia przed rzezią ukraińską. Bywał też Feliks Ryczek – nauczyciel, przybyły z Wileńszczyzny, rodzina Zarębów, niekiedy i Rdzeniów. U Ryczków zawsze była choinka i snop zboża w kącie,
który po „postniku” rozścielało się na podłodze i dziatwa baraszkowała, a starsi śpiewali kolędy. Potrawy były postne: pączki smażone na oleju, nadziewane powidłami, polewka z suszonych owoców z kaszą, kluski z makiem, kapusta z grzybami, niekiedy śledzie, o które w czasie okupacji było bardzo trudno. Po „postniku” mało ludzi chodziło na pasterkę, ze względu na zimę i dużą dległość od kościoła. Po wigilii przygotowywało się buty, ubrania, aby w Boże Narodzenie naprawdę świętować. Dla zwierząt zanosiło się różowy opłatek, w sadach przy jabłoniach mówiono: „Jeżeli nie będziesz rodzić, to cię zetnę”. W pierwszy dzień świąt do kościoła szli zdrowi i młodzi, po powrocie przeważnie przebywali w domu, wykonując niezbędne prace przy zadawaniu karmy dla inwentarza.
Serdeczne życzenia z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku.
         Ps. Życzenia świąteczne w czasie niemieckiej okupacji: Aby ta wojną wreszcie skończyła! Abyśmy wszyscy dożyli da następnej wigilii!

Zdzisław Latos

 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego